czwartek, 22 czerwca 2017

Wszystkie twarze wampira. Wybór filmów #1 Do 1945

Drakula halála 1921

Najpewniej pierwszy film wampiryczny, kooperacja austriacko-francusko-węgierska. Opowiada historię dziewczyny, która po odwiedzeniu szpitala psychiatrycznego doświadcza dziwnych wizji i nie potrafi odróżnić snu od jawy. Jeden z pacjentów szpitala uważa się za hrabiego Draculę. 
Film oficjalnie uznany za zaginiony.

Nosferatu – symfonia grozy 1922

O mały włos a ten film również legitymowałby się statusem "zaginionego". Wdowa po Bramie Stokerze, Florence Stoker, wytoczyła Murnauowi proces o nielegalne wykorzystanie powieści jej męża, mimo iż reżyser pozmieniał imiona bohaterów i nieco zmodyfikował fabułę. Florence wygrała spór, co skutkowało nakazem zniszczenia wszystkich kopii filmu. Na szczęście kilka z nich przetrwało, dzięki czemu możemy dziś oglądać jeden z pierwszych horrorów i filmową ikonę niemieckiego ekspresjonizmu z Maxem Schreckiem w roli wampira tak sugestywnej, iż w czasach powstawania filmu oskarżany był o bycie prawdziwym upiorem. 
Dzieło w 1995 roku umieszczone zostało na liście 45 filmów fabularnych wykazujących szczególne walory artystyczne. 

Londyn po północy 1927

Film, który zaginął podczas pożaru wytwórni MGM w 1967 roku. Kilkadziesiąt lat później poddany rekonstrukcji – brakujące kadry zastąpiono zdjęciami z planu. 
Fabuła: Sir Roger Balfour zostaje odnaleziony martwy we własnym domu. Śledztwo w tej sprawie prowadzi inspektor Burke. Zostaje ono umorzone po tym, jak uznano, iż Balfour popełnił samobójstwo. Po pięciu latach w domu zmarłego pojawia się dziwny mężczyzna w towarzystwie równie dziwnej i niezwykle bladej kobiety. Burke wznawia śledztwo. 

Książę Dracula 1931

Jedna z najważniejszych ekranizacji powieści Stokera. Reżyseria – Tod Browning. W roli tytułowej niezapomniany Bela Lugosi. Absolutna klasyka kina, nie tylko wampirycznego, nie tylko grozy. 

Dracula 1931 (wersja hiszpańska)

Gdy za dnia Universal kręcił wersję amerykańską, z Belą Lugosim, ekipa hiszpańska, podpatrując, czekała na swoją kolej. Za cel postawiła sobie nakręcenie filmu pod kadym względem lepszego. Jej praca rozpoczynała się od śledzenia postępów amerykanów. Następnie każdą scenę starano się nakręcić innymi sposobami. Albo chociaż dłużej. Według wielu wersja hiszpańska pod względem zarówno technicznym jak i fabularnym rzeczywiście wypadła lepiej od amerykańskiej. Ale Carlos Villarias, mimo iż zagrał bez zarzutu, nie był Belą Lugosim.

Znak wampira 1935

Browning przenosi akcję filmu do Czechosłowacji i łączy Księcia Draculę z Londynem po północy. Trochę horroru, trochę kryminału, trochę humoru. Browning i Lugosi już jako rutyniarze tworzą niezłą hybrydę. 

 Córka Draculi 1936

Van Helsing zabija Draculę. Ciało księcia ciemności zostaje wykradzione z kostnicy i po jakimś czasie ulice Londynu znowu stają się niespokojne.
Gloria Holden jako hrabina Marya Zaleska. 
Bela Lugosi nie zagrał w filmie, otrzymał jednak sowite wynagrodzenie za jego promocję. 

Syn Draculi 1943

Karpacki książę przybywa do USA na zaproszenie bogatej dziedziczki. Od razu wzbudza podejrzenia znajomych kobiety, iż nie jest on człowiekiem. 
Wielu widzom nie podobał się Dracula jeżdżący samochodem. Innym przeszkadzał jego wąsik. Mniejsza o szczegóły. W takim tempie tworzenia wariacji na temat krwiopijcy, w 2017 powinniśmy oglądać co najmniej Wujenkę Draculi

Dom Frankensteina 1944

Szalony naukowiec ucieka z domu dla umysłowo chorych i wraz ze swoim pomocnikiem przywołują hrabiego Draculę, Wilkołaka i  potwora Frankensteina, żeby zemścić się na swoich wrogach. 
W rolę Draculi wcielił się John Carradine. Szalonego naukowca zagrał Boris Karloff. Lon Chaney Jr. zalicza kolejny występ w tego typu produkcji. 

 Dom Draculi 1945

Kolejna odsłona wariacji na temat najsłynniejszych kinowych stworów. 
Dracula prosi doktora Edelmana o wyleczenie z wampiryzmu, w rzeczywistości pragnie jednak zbliżyć się do asystentki doktora i uczynić ją swoją towarzyszką. Do tego samego doktora przybywa również Lawrence Talbot, wilkołak, który ma nadzieję, że doktor będzie umiał zdjąć z niego klątwę. W okolicy zaczyna grasować potwór Frankensteina. 









wtorek, 13 czerwca 2017

Niezależna poleca film #1: "Grzesznicy też mają duszę". "Kolor purpury" Stevena Spielberga



Bo kto by wtedy przypuszczał, że twórca blockbusterów i familijnych blockbusterów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (Szczęki, Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Poszukiwacze zaginionej Arki, E. T.) podejmie się takiego zadania? Nawet sam Spielberg nie wyobrażał sobie, że w pewnym momencie swojej kariery nakręci film będący ekranizacją powieści Alice Walker, pierwszej  w historii czarnoskórej autorki z Pulitzerem. Że on, biały Żyd, podejmie ciężki temat przemocy wobec kobiet wśród czarnoskórych na początku dwudziestego wieku. Że obsada jego filmu będzie niemal wyłącznie koloru kawy i że będzie to film z najwyższym wówczas budżetem wśród "tego typu" filmów. Reżyser miał wiele wątpliwości. Uważał, iż taki obraz powinien nakręcić czarnoskóry. Na co Quincy Jones, twórca muzyki do Koloru purpury, jeden z producentów, przyjaciel Spielberga i Bóg jeden wie, kto jeszcze, odparł: "Czy musiałeś być kosmitą, żeby nakręcić E. T. ?". Co ciekawe, to właście E. T. okazał się asem w rękawie Spielberga. Jak wspomina reżyser, Alice Walker nie chciała, żeby byle kto kręcił film na podstawie jej powieści. Walker zaakceptowała kandydaturę "białego Żyda" po seansie E. T., twierdząc, iż historia sympatycznego kosmity ściganego przez wojsko to poniekąd metaforyczna opowieść o społecznych wykluczeniach w każdej postaci. Skoro Spielberg umiał sobie poradzić z wykluczeniem kosmity, to poradzi sobie z trudnym tematem wykluczenia kobiet z życia społecznego czarnych, i tak jeszcze nie do końca włączonych w życie białych. To był chyba jedyny raz, kiedy Spielberg musiał zabiegać o posadę. I na pewno nie żałuje. Po Kolorze purpury mógł odpruć sobie łatkę wielkiego reżysera filmów (tylko i aż) rozrywkowych i dołączyć do grona reżyserów-artystów, bo film z 1985 roku to niepodważalne arcydzieło kinematografii. Kolor purpury otworzył twórcy drzwi do świata CzegośWięcejNiżBlockbusterów. Wystarczy wspomnieć Imperium Słońca, Listę Schindlera, Monachium...

Film spięty jest klamrą z purpurowych łąkowych kwiatów
Mąż jak z obrazka?
Przydałoby się ogarnąć...
Siła Sióstr

Danny Glover i Whoopi Goldberg zagrali prawdopodobnie role życia. Częściej kojarzeni z komedią sensacyjną niż z dramatem obyczajowym, stanęli na wysokości zadania i jako Albert vel Pan oraz jego ni to żona, ni to pokojówka Celie, stworzyli znakomity duet, który równie dobrze wyciska z widza łzy, co śmieszy czy budzi strach. Tina Turner wkomponowała się w Mad Max pod Kopułą Gromu (z tego samego roku zresztą) znakomicie, ale do Koloru purpury najzwyczajniej w świecie nie nadawałaby się, więc całe szczęście, że odrzuciła propozycję zagrania w obrazie Spielberga i zrobiła miejsce dla znakomitej Goldberg. 

Nawet morze, nawet las
z siostrą nie rozdzielą nas.

Gra aktorska, a przedtem wybór aktorów, to kawał dobrej roboty. Niektórzy zarzucają twórcom filmu zbyt słabe wyeksponowanie ról męskich, postawienie akcentu na feminizm kosztem zubożenia sfery przyczynowo skutkowej. Według mnie to zarzuty absurdalne. Role męskie z pewnością nie są płaskie, obserwujemy ich przemiany i wewnętrzne konflikty. Nawet tyran Albert potrafi rozbawić. Kiedy zaś uderza, jest postacią tak samo okrutną, co smutną i rozerwaną. Jest to film o uciemiężeniu kobiet. Film dwuipółgodzinny, więc poszerzanie wątków było co najmniej zbędne. 

Ciężar treści filmu prawie w całości spoczywa na Celie granej przez. Uosabia ona nie tylko większość czarnoskórych kobiet tamtych czasów w kontekście kulturowym. To także postać, za pomocą której Spielberg eksploruje psychikę kobiety zniewolonej pod każdym względem, a która nie jest w stanie przebić się przez prawa, stereotypy i własne słabości, żeby się oswobodzić. Obserwujemy coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, z którego powoli wybudzają ją przede wszystkim Shug Ivory i  Sofia. 

Pierwsza jest kobietą zupełnie wolną, śpiewaczką podróżującą po Ameryce. To kochanka Alberta, przy której ten jest potulny jak baranek. Między Celie a Shug nawiązuje się przyjaźń a nawet coś więcej, czego jednak reżyser nie mówi nam wprost. Alice Walker miała do niego o to spore pretensje, bowiem w jej książce wyraźnie zaznaczony był wątek miłości lesbijskiej. Shug pokazuje Celie prawdziwą miłość. Jest pierwszą bliską osobą, od kiedy Albert wygnał jej siostrę, Nettie. To przy Shug bohaterka pierwszy raz od wielu lat nie wstydzi się uśmiechnąć. Do tej pory miała bowiem w pamięci słowa ojca: "Celie, masz najbrzydszy uśmiech pod słońcem". Słowa te padają już w pierwszej scenie filmu. W drugiej doznajemy jeszcze większego szoku, kiedy widzimy Celie, czternastolatkę, rodzącą drugie dziecko swojego ojca. "Jeszcze nie urodziłaś?" – ponagla ją dyskretnie, po czym zabiera jej córkę. To dopiero początek filmu, ale już pierwsze minuty dają widzowi do zrozumienia, że nie ma do czynienia z obrazem miłym, łatwym i przyjemnym. Mimo to historia wciąga. Kolor purpury to narracyjny majstersztyk. A narracji tej towarzyszy świetna muzyka Quincy'ego Jonesa, momentami przypominająca ścieżkę dźwiękową z... Jurassic Park

Wróćmy do sceny z rodzącą Celie. Podczas jej kręcenia przyszedł na świat pierworodny syn Spielberga, a głos córki Celie to nagranie pierwszego krzyku potomka reżysera. 


 Boks. Kategoria wagowa: miękka faja
 Bokser z głową w chmurach. O mały włos z głową w rabatkach

– Przyłożyłeś jej kiedy?
– Nie, ojcze.
– To jak ma cię słuchać?

O ile Shug to dla Celie uosobienie wolności, upragnionej lekkości bytu, o tyle druga ważna kobieta, od której bohaterka uczy się życia i przeżycia, jest tragiczną wojowniczką z zawsze podniesionym czołem. Sofia, grana przez Oprę Winfrey, mogłaby iść tym samym szlakiem dla cierpiętników co Celie, ale jej honor i duma każą jej przeciwstawiać się Albertowi, ojcu jej wybranka, Harpo, a następnie samemu Harpowi, który z uporem idioty próbuje powtórzyć błędy ojca. Cierpliwie walczy ona o miłość, a kiedy rozumie, że nie ma już o co walczyć, odchodzi, zamiast, jak przystało na czarnoskórą kobietę, do końca życia znosić upokorzenia. Sofia tragizmem dorównuje Celie. Wzbudza nawet większe współczucie, gdyż ponosi klęskę, walcząc do samego końca. Bo jakby mało jej było udręki z "klasycznym modelem" czarnoskórego mężczyzny początku XX wieku, to spada na nią nieszczęście w postaci żony burmistrza. 
Oprah Winfrey, ówczesna gwiazda telewizji, stworzyła niesamowitą kreację, pełną głębi, szorstkiego wdzięku i humoru. Ciekawostką jest, iż królowa talk-show musiała przerwać kurację odchudzającą, żeby lepiej wcielić się w graną przez siebie postać. 


 Sky is the limit


Agresywny marketing

Sofia stłukła Harpa. Potem on stłukł Sofię. Potem ona stłukła jego jeszcze gorzej. A w przerwach rodziły się dzieci. Aż któregoś dnia Sofia miała dosyć. 

Jedną z najwyraźniejszych oznak geniuszu reżyserskiego Spielberga jest wyczucie smaku. Zmysł równowagi emocjonalnej. 

Wybaczcie tendencyjność, ale nie przypominam sobie polskiego filmu poruszającego tak zwaną trudną/ciężką tematykę, na którym człowiek mógłby śmiać się ze szczęścia. Z tragedii robimy jeszcze większą, czystą tragedię, bez cienia uśmiechu, bez grama żartu. Albo w drugą stronę – tworzymy z niej komedię, zupełnie trywializujemy problem, skupiamy się jedynie na rozrywce. 

Kolor purpury sprawi, że zalejesz się łzami z rozpaczy, żeby po chwili zalać się łzami radości. To film o skrajnej przemocy, absurdalnych prawach lub absurdalnym bezprawiu, o gwałtach i psychicznych torturach. Ale wszystko to reżyser zawoalował. Czy może raczej – użył prostej metody  metaforycznej substytucji. Widzimy gwałt, ale nie musimy oglądać gołych tyłków i słuchać krzyków kobiety. Reżyser ufa widzowi. "Wiem, że zdajesz sobie sprawę, jak to może wyglądać. Domyślasz się, jak się czuje ofiara, prawda? Dam ci skrzypiące łóżko, cierpliwą twarz dziewczynki i wystarczy." Na tym polega sztuka. Na niedosłowności, na umykaniu. 

Spielberg często umyka ciężkiej atmosferze i wpada w ton komediowy. Albert robiący śniadanie dla Shug, Albert ubierający się dla Shug, wiele scen z Sofią i Harpem. Chodzi nie tylko o klasyczne gagi, ale też żarty nieoczywiste, odwleczone w czasie. Takie jak ten, gdy Celie dowiaduje się, iż "Pan" ma na imię Albert. A staje się to za sprawą kochanki Alberta, Shug. 

Momentami film udaje musical. Tu również Spielberg zachował umiar. Wszystko gra (i śpiewa) jak należy, nienachalnie i naturalnie. 






Stary pan obgaduje Shug. Ludzie nie lubią tych, którzy są dumni albo wolni. 

Ci, którzy zarzucali filmowi zamknięcie się w feminizmie, nie zauważyli chyba, jak wiele innych kwestii podjął reżyser. Co prawda są to niekiedy jedynie subtelne napomknięcia, ale w kontekście całości fabuły mają one niemałe znaczenie. Bo Kolor purpury to nie tylko film o poniżeniu czarnoskórych kobiet, walce o wolność, równość (to się czasem wyklucza) i spełnianie marzeń. Film przedstawia, w migawkach, ale wyraźnych, stosunek białych do czarnych w ogóle. Że niby niewolnictwo się skończyło, ale przyzwyczajenia, uprzedzenia i inne -enia pozostały. 
Albo biały człowiek w Afryce i niszczenie wiosek rdzennych mieszkańców pod budowę dróg. 
Człowiek i religia.
Powrót córki marnotrawnej.
Tradycja a postęp. 
Sporo tego powtykali, ale wiedzieli ile i gdzie wetknąć. 

Widzisz, tatusiu? Grzesznicy też mają duszę.

To dzieło wybitne, piękne, wybitnie piękne. Sztandarowy przykład Hollywood lat osiemdziesiątych, kiedy film uczył, ale nie pouczał. Strzegł moralności, ale nie moralizował. Bo nie trzeba wkładać wielkich zdań-frazesów w usta Autobota stojącego wśród zgliszczy, żeby film był mądry. Sztucznemu uszlachetnianiu mówię stanowcze: "Kurwa, nie!". 

Staram się przypomnieć sobie inny film, który wlałby we mnie z powrotem tę nadzieję, która przez lata ciurkiem wylewała się dziurami w sercu, ale żaden tytuł nie przychodzi mi do głowy. Kolor purpury to nie tylko kolor geniuszu (pani Walker czy pana Spielberga), ale nadziei właśnie i wiary. Cierpliwości, jaką wykazały się Celie i jej siostra Nettie. Nawrócenia? Na pewno również nawrócenia. 

Gdyby każdy człowiek obejrzał Kolor purpury przynajmniej raz, świat na pewno stałby się lepszym miejscem. 











poniedziałek, 12 czerwca 2017

Erotyka to dziś za mało. "Dziennik nimfomanki" Valérie Tasso

Okładka wygląda tak, jakby została zrobiona w Paint. 

Tę książkę przeczytałem zupełnie przypadkiem. Wybrałem ją losowo spośród wielu na czytniku. Do połowy nie wiedziałem nawet, jaki ma tytuł i kto jest autorem. 

Autorką.

Jest nią Valérie Tasso, wykształcona Francuzka przed trzydziestką, która postanowiła opublikować swoje przeżycia w postaci dziennika. 

Książka nie porywała treścią ani nie zaskakiwała wyszukanym językiem. To idealne czytadło na dworcowe poczekalnie i podróże pociągiem. Czytadło od czasu do czasu okraszane naprawdę "ludzkimi" spostrzeżeniami. Dziennik pani Tasso był dla mojego zmęczonego tygodniem pracy umysłu lepszym przyjacielem niż niedokończone dzieła Kafki albo Finneganów Tren

Właśnie za prostotę języka i... "ludzką" myśl polubiłem tę książkę. Dziwią mnie i jednocześnie nie dziwią już wcale komentarze pod różnego rodzaju recenzjami i streszczeniami dziennika. Otóż książka rozczarowuje, bo relatywnie mało w niej opisów perwersyjnych aktów seksualnych. Że niewiele przemocy i wykorzystywania seksualnego. Ludzie kochani, chcecie dobrej zabawy w łóżku, to zaproponujcie ją swojemu partnerowi. Albo znajdźcie sobie takiego. Żaden problem. Wszyscy marzą o odrobinie perwersji, większość wstydzi się swoich marzeń albo jest uwięziona w klatce społecznej poprawności. Absurd. 

Mnie dziennik urzekł właśnie tym, iż autorka nie skupiała się na jak najdokładniejszym opisaniu aktu seksualnego bądź "innych czynności seksualnych", a postawiła na lakoniczność i prostotę, skupiając się bardziej na oddaniu stanu umysłu, uczuć, emocji towarzyszących nowym sytuacjom. Chwała jej za to. Osiemdziesiąt procent z nas, gdyby tylko się odważyło, mogłoby napisać śmielsze i bardziej wymyślne sceny seksu. Za to niewielu już potrafiłoby odbyć podróż wgłąb siebie i podzielić się z czytelnikami czymś jeszcze bardziej intymnym niż seks – kawałkiem swojej duszy. 

Na marginesie, teraz już jestem pewny, jaką książkę napisać, żeby hajs się zgadzał. Stay tuned!

Val na początku nieco mnie irytowała. Zaczynałem spodziewać się opowieści zbudowanej na wyliczaniu kolejnych seksualnych podbojów. Ale każda kolejna "przygoda" wpływała na bohaterkę, zmieniała jej zdanie na pewne tematy. Zmieniała się ona w dojrzałą kobietę, doświadczoną przez los, ale wciąż wiedzącą, czego chce. I taka Valérie zaczęła mi się podobać. Tylko takiej Valérie mogłem później żałować, kiedy nagle życie wymknęło jej się z rąk i przestała być panią sytuacji. 

To, co urzekło mnie w Dzienniku Nimfomanki to sposób, w jaki autorka patrzy na mężczyzn. W każdym potrafi odnaleźć piękno, w dodatku nie jest to definicja piękna z okładek drogich czasopism o modzie. Oto Rafa, "MÓJ ulubiony JEJ kochanek":

Kiedy otwieram drzwi swojego pokoju, widzę go w koszuli w białe i czarne kwadraty, podróbce firmy Faconnalble. Pragnę zmienić się w malutki żeton do gry, żeby przemierzyć cały jego tors i plecy. Natychmiast inspiruje mnie do gry z regułami, które można łamać, jedne bardziej od drugich.  

Rafael jest piękny jak bożek. Ma czarne, długie i aksamitne włosy, które ściągnął gumką w kucyk, i nie przestaje zakładać za uszy zbuntowanych kosmyków, kiedy mówi. Jego skóra ma oliwkową barwę, która mogłaby wzbudzić zazdrość w każdej czterdziestoletniej kobiecie spędzającej czas na słońcu plaż połowy świata. 

Dla Rafy nie ma znaczenia kolor skóry. Dla mnie też nie. Dopuszczam nawet myśl, że wprost przeciwnie, pociąga mnie jego indiański rodowód. Jego zęby wyglądają jak zrobione z kości słoniowej i natychmiast czuję się tak, jakbym brała udział w safari i natknęła się na afrykańskiego słonia. 

Prawda, że ładne? 

Oczywiście momentami Tasso zapędza się w swoich porównaniach i zdradza konstrukcję narracji. Zbyt egzaltowany opis kochanka może być, owszem, wynikiem zauroczenia lub zakochania, ale sprytny czytelnik dostrzeże w nim prosty chwyt. To odwleczony w czasie hiperkontrast. Idealizowanie obiektu tylko po to, żeby późniejsze zderzenie z prawdą o nim bolało mocniej, było bardziej szokujące. 

Tak oto kolejna miłość Val to nie bożek, jak Rafael, ale już jeden jedyny Bóg. 
Nie ukrywam, że bardzo rozczarowany byłem tak naiwnym obnażeniem struktury opowieści i niedoróbek warsztatu pisarskiego przez panią Tasso. 

Valérie jako "łowczyni" czy już jako prostytutka przedstawia czytelnikowi cały zastęp mężczyzn. Pięknych i pociągających, inteligentnych i interesujących, brzydkich, ale "z tym czymś", czułych,  dziwaków, obleśnych, okrutnych, wyrachowanych. Najgorsi są ci, którzy się maskują. Z pozoru szarmanccy, dobrze ułożeni, namiętni i majętni, prowadzą podwójne życia i mają prawie puste serca. Prawie, gdyż znaleźć w nich można nienawiść. 

Val ma przyjaciółkę, Sonię, która (oczywiście) jest jej zupełnym przeciwieństwem. Sonia nie uznaje seksu bez miłości, nie jest typem agresywnej poszukiwaczki wrażeń, to osoba raczej skromna i nieśmiała, która nie wierzy w odnalezienie miłości swojego życia w dyskotece. Sonia budzi moją sympatię. Jej podejście do miłości i seksu jest mi dużo bliższe niż podejście Valérie, które mimo wszystko rozumiem. Sonia przez swoje poglądy ma życie mniej ciekawe niż jej przyjaciółka, a rozczarowań płcią przeciwną przeżywa tyle samo. Jaki z tego wniosek? Szczęście samo cię znajdzie, czy szukasz, czy nie. Nieszczęście również. 

Tasso w ciekawy sposób eksponuje nie tylko postaci męskie, ale i kobiety. Świetną okazją do zaprezentowania pełnej gamy kobiecych modeli jest dom publiczny, do którego trafia bohaterka. 

Właściwie byłem niemal pewien, iż z momentem podjęcia przez Val pracy prostytutki, umrze fabuła. Bo właściwie o czym pisać? Okazuje się, że było o czym. Nie tylko o wszystkich odcieniach przyjemności lub nieprzyjemności, ale też o komplikujących się relacjach z klientami, o równie skomplikowanych relacjach z "koleżankami po fachu" czy o... skomplikowanych relacjach z "szefostwem". Brzmi banalnie, ale sami zdziwicie się, ile z tych "skomplikowanych relacji" da się wycisnąć rozrywki, emocji i refleksji. 

Dziennik nimfomanki arcydziełem literatury nie jest, ale po przeczytaniu książki nie miałem poczucia straconego czasu. Przeciwnie. Lektura przypomniała mi, że to, co w cichy sposób potępiam – seks dla sportu, zmienianie partnerów jak zmienianie bielizny – może być jedynie innym sposobem na poszukiwanie tego, czego chce każdy. Miłości.
Jeżeli chcesz takich i innych "przypomnień" doprawionych lekką erotyką, podanych przystępnym, prostym językiem, przeczytaj Dziennik nimfomanki. Jeśli żyjesz na tym świecie mniej więcej tyle, ile bohaterka, używasz mózgu i ciała oraz wychodzisz czasem z domu, to ta książka będzie ci służyła jedynie do "przypomnień" i rozrywki, bo całą resztę znasz. 

Nie dosłownie "znasz".

Chyba, że zdarzyło ci się pracować w burdelu, dziewczyno.

Tudzież chłopaku.








Żadna praca nie hańbi, mawiają. 







   







poniedziałek, 29 maja 2017

Dość już tych Bogów, dajcie mi człowieka! "Obcy: Przymierze"



Zwlekałem ponad dwa tygodnie, zanim zdecydowałem się napisać kilka zdań o najnowszym filmie Ridleya Scotta. Nie chodzi nawet o to, że musiałem ten film przetrawić, przepracować w sobie. Najprościej rzecz ujmując – nie miałem pojęcia, co o nim napisać. Może został skonsumowany zbyt łapczywie? 

Po bardzo średnim Prometeuszu, karle (sic!) z przerośniętym, romantycznym ego, oczekiwałem porządnego rąbnięcia. Pierwszą część dylogii uznałem za pompatyczną uwerturę do wspaniałego spektaklu, jakim miało być Przymierze. Okazał się to być wstęp nie tyle do opery, co do operetki poprzetykanej cechami opera seria. 

Może coś mi umknęło? Może nie jestem w stanie połączyć wszystkich wątków z powstałych do tej pory filmów o Obcym, przez co mój odbiór Przymierza jest upośledzony? – zastanawiałem się. Żeby być jak najbardziej sprawiedliwym w ocenie najnowszego obrazu Scotta, powróciłem do wszystkich części nienaturalnie rozrośniętej sagi, nawet do szczytu kinowej tandety, czyli starć Obcego z Predatorami. [Ksenomorf to organizm perfekcyjny. Doskonały tak bardzo, że nawet Paul Anderson i bracia Strause nie zdołali go zabić.] Film jest całkowicie zależny nie tylko od poprzedniego obrazu, ale i od wszystkich części. Nie ma siły oderwać się od zasłużonych braci. 

Przymierze to film nakręcony z rozmachem. Efekt wielkich ambicji Ridleya Scotta. Naszpikowany cytatami muzyczno – słownymi wyjętymi z całej historii kultury i sztuki, poprzetykany aluzjami do poprzednich części, podany w apetycznej formie, w której efekty specjalne są tyleż spektakularne, co nie przesadzone, a lokacje przytłaczają pięknem, czymś znajomym i obcym zarazem. Jednocześnie jest w nich coś ascetycznego. Scott trzymał na wodzy efekciarstwo i prawie mu się udało. Obok tego dania postawił w połowie pełny kieliszek wiary i, co nie takie oczywiste we współczesnym kinie rozrywkowym, daje widzowi wybór: łyknąć bajki o Inżynierach, Bogach i innych Stwórcach Stwórców, lub patrzeć trzeźwo na ten "ładnie zrobiony" horror science-fiction. Dużo tego. Tak dużo, że twórcy filmu nie zostawili miejsca dla samego Obcego. W dodatku podczas seansu ciągle odnosiłem wrażenie, że najnowsze dzieło Scotta stoi w niebezpiecznie niestabilnym rozkroku między Ósmym pasażerem "Nostromo" a Prometeuszem, będąc prequelem tego pierwszego i sequelem drugiego. 

Ósmy pasażer "Nostromo" wielkim filmem jest i basta. Niezaprzeczalny element kanonu filmowego horroru i science-fiction. Wzór dla wielu innych produkcji. Punkt odniesienia dla nowszych dzieł, z którym to owe dzieła zwykle nie wytrzymują konkurencji. Wśród nich jest Przymierze. Oczywiście są to dwa różne rodzaje filmowego rzemiosła. Najnowsze dziecko Scotta to blockbuster z gatunku tych "z przesłaniem" (choć właściwie niemal każdy współczesny blockbuster ma takowe przesłanie wszczepione fabrycznie), zaś Ósmy pasażer to mroczny, niemal gotycki horror, którego urokiem jest zawoalowanie grozy, wtopienie przerażającego potwora w ciemność. Mógł to być, i pewnie był, blockbuster przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, różnił się jednak od dzisiejszych oryginalnością i odkrywczością.




Załoga "Przymierza" nie dorównuje do przesady charakterystycznym i twardym najemnikom, którym towarzyszy Ripley podczas misji ratunkowej na LV – 426. Żołnierzy chce się oglądać, odkrywać zależności między nimi, śledzić ciągle powtarzające się, charakterystyczne odruchy. Obcy – decydujące starcie to koncert gry aktorskiej, nie tylko Sigourney Weaver, która sprawia, że Ripley w porównaniu z pierwszą częścią ewoluuje z heroiny z przymusu w wojowniczkę z krwi i kości, która przenosi matczyne uczucia z kota na znalezioną w opuszczonym kompleksie dziewczynkę. Lance Henriksen w roli androida Bishopa jest bardziej niż przekonujący a Bill Paxton w roli szeregowego Hudsona wyśmienity. James Cameron pokazał widzowi nie tylko inną Ellen Ripley. Przemodelował nieco samego Obcego, wyciągnął za uszy z mroku i z tajemniczego stwora, demona kosmosu, jakim był w pierwszej odsłonie serii, uczynił drapieżne zwierzę stadne żyjące w strukturze hierarchicznej. W Przymierzu na uwagę zasługują dwie postaci. Katherine Waterston gra całkiem nieźle, dobrze wygląda w lokacjach przygotowanych przez scenografów i uchwyconych przez Dariusza Wolskiego, ale jej postaci najzwyczajniej w świecie brakuje charakteru. Na pewno nie jest to druga Ellen Ripley, choć fizjonomią nieco ją przypomina. Michael Fassbender w podwójnej roli Davida/Waltera odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Nie stanowiło dla niego problemu oddanie dwóch różnych "charakterów" androidów. Czarował widza, sprawiając, że "ten zły", z całym swoim uporem, pasją i przekonaniem, a przy tym z miłością do nauki i sztuki, fundował mu mały syndrom sztokholmski, zaś grając "tego dobrego", dawał wiarę w dobrych ludzi z plastiku i kabli. Wszechobecne odniesienia do historii kultury, w tym także religii, mogą przytłaczać, ale nawet z nimi Fassbender sobie poradził i pocałunek Judasza w jego wykonaniu nie jest tak bardzo komiczny, za jaki mógłby uchodzić. 





Przymierzu chyba najbliżej ideowo do obrazu Finchera. Obcy 3 nieśmiało w warstwie słowno – symbolicznej i całkiem bez respektu w warstwie wizualnej mówi o ludzkości jako rasie, na której deterministyczna pętla zaciska się coraz mocniej. Zmierzch jest blisko. Walczcie, jeśli chcecie, ale to i tak nie ma sensu – zdaje się mówić film. Podobne wrażenie odniosłem na seansie Przymierza – komunikat niemal ten sam, ubrany jednak dla niepoznaki w typowe nowohollywoodzkie szatki, że niby nie ma ratunku ale akcja musi być. No i typowe dla hollywoodczyzny zachowania bohaterów, którzy mogliby bardziej starać się o zachowanie gatunku ludzkiego. Oglądamy natomiast coś na kształt uciekającej przez (oczywiście) las (oczywiście) blondynki, która (oczywiście) potyka się o powietrze i idzie pod nóż slasherowego mordercy. Wejdź tam, choć nie powinieneś, naraź wszystkich, choć nie musiałeś i zdychajcie w straszliwych konwulsjach, choć mogliście tego uniknąć. Scott pozbawił swoich bohaterów wielu punktów IQ. 
Podobieństw między Przymierzem a Obcym 3 jest więcej, między innymi masa religijnych odniesień. Nawet ksenomorf stał się w filmie Finchera alegorią biblijnej bestii. 
Obserwujemy kolejną przemianę Ripley – tym razem jest to kobieta doświadczona, zawiedziona, nie mająca nic do stracenia, ale która też nie zgubiła nic ze swojej zaciętości i waleczności. Wręcz przeciwnie, ma teraz jeszcze więcej siły, żeby walczyć z "firmą" i potworem. Na jej tle bohaterowie Przymierza to dzieci w galerii sztuki – wszystko je ciekawi, ale jest na tyle nieznane, że nie wiadomo, jak się do tego zabrać. Lepiej więc biegać i skakać, i próbować przykleić lizaka do twarzy Mona Lisy. Nie ma akcji? Jest akcja!




Umówmy się – po Obcym 3 seria powinna się skończyć. Tymczasem hajs musi się zgadzać i postanowiono zrobić kolejną herbatę z tej samej torebki. Urok Jeuneta sprawił, że dało się to wypić, ale, mówiąc delikatnie, nie była to twoja najlepsza herbatka u sąsiadów. Co ciekawe – Jeunet i tak wyciągnął z bohaterów (tu mam na myśli Obcego i Ripley) więcej niż Scott w swoim najnowszym dziele. Nawet jeśli niektóre pomysły ocierały się o absurd. Sklonowana Ellen Ripley, mająca w sobie tyle samo człowieka, co ksenomorfa (kwas w żyłach to jeszcze pikuś). Winona Ryder jako android. Naukowcy "firmy" poczynający sobie w eksperymentowaniu na ludzkim ciele (głównie ciele Ripley) swobodniej niż naukowcy III Rzeszy. A to nie wszystko. Załoga gościnnego statku z cennym dla naukowców ładunkiem jest jeszcze barwniejsza niż ta z drugiej części. Nawet karzeł na wózku inwalidzkim to prawdziwy twardziel. 
I kiedy tak przyglądam się temu wszystkiemu, stwierdzam, że nawet Przebudzenie jest ciekawsze od Przymierza, choć przez większość fanów serii jest ono uważane za najgorszy film o Obcym, coś na kształt Schumacherowskiego Batmana






 Synuś Ripley. Czyż nie uroczy?


Z kolei Prometeusz przypomina Batmana Nolanowskiego. Odnowienie serii, przedefiniowanie jej, włożenie w nową estetykę. Różnica jest taka, że Nolan uratował Batmana. Scott Obcego po prostu zrobił jeszcze raz, wypełniając luki czasowe. Próba wtłoczenia go w nową estetykę wyszła mu nieco gorzej. Prometeusz to, oczywiście, film ciekawy, efektowny, ale jego atuty bledną, kiedy weźmiemy pod uwagę, iż to pierwsza część nowej dylogii. 






Po Prometeuszu, Przymierze nie zaskakuje widza niczym nowym. Film ogląda się dobrze z puszką (trzema) danielsa z colą zakupioną przy wejściu do sal kina VUE. Rozrywka, rozrywka, z domieszką memento mori. A teraz do sedna. Przez cały tekst próbowałem udowodnić, że postać Obcego, mimo że na różne sposoby przerabiana, modelowana na nowo, zachowywała coś z pierwotnej postaci: niepokój, nieprzewidywalność, niezgłębione możliwości organizmu perfekcyjnego. Nowy film Scotta to dowód na to, że Obcy zgubił się gdzieś po drodze, utknął pomiędzy ikoną kina grozy a marketingowym produktem. Widzimy jego różne postaci, mamy do czynienia z sylwetką finalną w pełnej krasie, ale tym razem ksenomorf to (może trochę przesadzam) dwugłowy rekin (z filmopodobnego tworu z 2012) czy inne mocno przegięte monstrum z hollywoodzkiego uniwersum, tudzież z hollywoodzkich suburbiów. Stosunek androida do ksenomorfa nadaje potworowi jako takiego znaczenia, a przecież powinno być na odwrót. Obcy w filmie Scotta to produkt placement. 

Przymierze to film przyjemny dla oka. Pod tym względem nie ustępuje poprzednikom. Reszta to blaga. Tandeta z przebłyskami niewykorzystanego geniuszu, której nie ratują truizmy w stylu "Skoro ty stworzyłeś mnie, kto stworzył ciebie?". Czy choćby hasło "Miłość czy odpowiedzialność?", wałkowane przez braci androidów. 

Najnowsze dzieło Scotta może być rozczarowaniem nie tylko dla fanów "właściwej" sagi, ale i dla tych, którym z jakiegoś powodu spodobał się Prometeusz. Ksenomorf (czy jak kto woli neomorf) został olany, wypadałoby więc nieco jaśniej nakreślić historię Inżynierów. Wypadałoby, jednak Scott albo o tym zapomniał, albo, zadufany w sobie i pełen wiary w swój koncept (niczym zafiksowany na punkcie "wypełniania misji" android uwolniony spod opieki swojego ojca), stwierdził, iż nikt nie będzie mu mówił, co wypada zrobić, a co nie. Nie jest beznadziejnie, jest po prostu nijak. Facet w kapeluszu i babeczka z gwoździem na szyi starają się przypominać charakterystycznych bohaterów z poprzednich (przedprometejskich) odsłon. Właściwie wszystko stara się nam to przypominać. Cały film jest skonstruowany tak, jakby składał się z odnowionego Ósmego pasażera "Nostromo", przerywanego wyjątkami z Prometeusza

Jeśli chcesz blockbustera-horroru napompowanego filozoficzno-religijnymi wstawkami, powinieneś obejrzeć Przymierze. Jeśli jesteś zapatrzony w Ellen Ripley i pierwsze dwie części Obcego – obejrzyj ten film, żeby przekonać się, jak bardzo można spieprzyć "Frankensteina". Jeżeli nawet trzecia i czwarta część klasycznej serii przypadła ci do gustu – zobacz Przymierze. Nawet one były lepsze od nowego filmu Scotta. Podobał ci się Prometeusz lub chociaż zdołałeś go przełknąć? Idź na Przymierze. Krzykniesz tak jak ja, za Gombrowiczem: "Dość już tych Bogów, dajcie mi człowieka!" Albo chociaż porządnego ksenomorfa.