wtorek, 13 czerwca 2017

Niezależna poleca film #1: "Grzesznicy też mają duszę". "Kolor purpury" Stevena Spielberga



Bo kto by wtedy przypuszczał, że twórca blockbusterów i familijnych blockbusterów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (Szczęki, Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Poszukiwacze zaginionej Arki, E. T.) podejmie się takiego zadania? Nawet sam Spielberg nie wyobrażał sobie, że w pewnym momencie swojej kariery nakręci film będący ekranizacją powieści Alice Walker, pierwszej  w historii czarnoskórej autorki z Pulitzerem. Że on, biały Żyd, podejmie ciężki temat przemocy wobec kobiet wśród czarnoskórych na początku dwudziestego wieku. Że obsada jego filmu będzie niemal wyłącznie koloru kawy i że będzie to film z najwyższym wówczas budżetem wśród "tego typu" filmów. Reżyser miał wiele wątpliwości. Uważał, iż taki obraz powinien nakręcić czarnoskóry. Na co Quincy Jones, twórca muzyki do Koloru purpury, jeden z producentów, przyjaciel Spielberga i Bóg jeden wie, kto jeszcze, odparł: "Czy musiałeś być kosmitą, żeby nakręcić E. T. ?". Co ciekawe, to właście E. T. okazał się asem w rękawie Spielberga. Jak wspomina reżyser, Alice Walker nie chciała, żeby byle kto kręcił film na podstawie jej powieści. Walker zaakceptowała kandydaturę "białego Żyda" po seansie E. T., twierdząc, iż historia sympatycznego kosmity ściganego przez wojsko to poniekąd metaforyczna opowieść o społecznych wykluczeniach w każdej postaci. Skoro Spielberg umiał sobie poradzić z wykluczeniem kosmity, to poradzi sobie z trudnym tematem wykluczenia kobiet z życia społecznego czarnych, i tak jeszcze nie do końca włączonych w życie białych. To był chyba jedyny raz, kiedy Spielberg musiał zabiegać o posadę. I na pewno nie żałuje. Po Kolorze purpury mógł odpruć sobie łatkę wielkiego reżysera filmów (tylko i aż) rozrywkowych i dołączyć do grona reżyserów-artystów, bo film z 1985 roku to niepodważalne arcydzieło kinematografii. Kolor purpury otworzył twórcy drzwi do świata CzegośWięcejNiżBlockbusterów. Wystarczy wspomnieć Imperium Słońca, Listę Schindlera, Monachium...

Film spięty jest klamrą z purpurowych łąkowych kwiatów
Mąż jak z obrazka?
Przydałoby się ogarnąć...
Siła Sióstr

Danny Glover i Whoopi Goldberg zagrali prawdopodobnie role życia. Częściej kojarzeni z komedią sensacyjną niż z dramatem obyczajowym, stanęli na wysokości zadania i jako Albert vel Pan oraz jego ni to żona, ni to pokojówka Celie, stworzyli znakomity duet, który równie dobrze wyciska z widza łzy, co śmieszy czy budzi strach. Tina Turner wkomponowała się w Mad Max pod Kopułą Gromu (z tego samego roku zresztą) znakomicie, ale do Koloru purpury najzwyczajniej w świecie nie nadawałaby się, więc całe szczęście, że odrzuciła propozycję zagrania w obrazie Spielberga i zrobiła miejsce dla znakomitej Goldberg. 

Nawet morze, nawet las
z siostrą nie rozdzielą nas.

Gra aktorska, a przedtem wybór aktorów, to kawał dobrej roboty. Niektórzy zarzucają twórcom filmu zbyt słabe wyeksponowanie ról męskich, postawienie akcentu na feminizm kosztem zubożenia sfery przyczynowo skutkowej. Według mnie to zarzuty absurdalne. Role męskie z pewnością nie są płaskie, obserwujemy ich przemiany i wewnętrzne konflikty. Nawet tyran Albert potrafi rozbawić. Kiedy zaś uderza, jest postacią tak samo okrutną, co smutną i rozerwaną. Jest to film o uciemiężeniu kobiet. Film dwuipółgodzinny, więc poszerzanie wątków było co najmniej zbędne. 

Ciężar treści filmu prawie w całości spoczywa na Celie granej przez. Uosabia ona nie tylko większość czarnoskórych kobiet tamtych czasów w kontekście kulturowym. To także postać, za pomocą której Spielberg eksploruje psychikę kobiety zniewolonej pod każdym względem, a która nie jest w stanie przebić się przez prawa, stereotypy i własne słabości, żeby się oswobodzić. Obserwujemy coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, z którego powoli wybudzają ją przede wszystkim Shug Ivory i  Sofia. 

Pierwsza jest kobietą zupełnie wolną, śpiewaczką podróżującą po Ameryce. To kochanka Alberta, przy której ten jest potulny jak baranek. Między Celie a Shug nawiązuje się przyjaźń a nawet coś więcej, czego jednak reżyser nie mówi nam wprost. Alice Walker miała do niego o to spore pretensje, bowiem w jej książce wyraźnie zaznaczony był wątek miłości lesbijskiej. Shug pokazuje Celie prawdziwą miłość. Jest pierwszą bliską osobą, od kiedy Albert wygnał jej siostrę, Nettie. To przy Shug bohaterka pierwszy raz od wielu lat nie wstydzi się uśmiechnąć. Do tej pory miała bowiem w pamięci słowa ojca: "Celie, masz najbrzydszy uśmiech pod słońcem". Słowa te padają już w pierwszej scenie filmu. W drugiej doznajemy jeszcze większego szoku, kiedy widzimy Celie, czternastolatkę, rodzącą drugie dziecko swojego ojca. "Jeszcze nie urodziłaś?" – ponagla ją dyskretnie, po czym zabiera jej córkę. To dopiero początek filmu, ale już pierwsze minuty dają widzowi do zrozumienia, że nie ma do czynienia z obrazem miłym, łatwym i przyjemnym. Mimo to historia wciąga. Kolor purpury to narracyjny majstersztyk. A narracji tej towarzyszy świetna muzyka Quincy'ego Jonesa, momentami przypominająca ścieżkę dźwiękową z... Jurassic Park

Wróćmy do sceny z rodzącą Celie. Podczas jej kręcenia przyszedł na świat pierworodny syn Spielberga, a głos córki Celie to nagranie pierwszego krzyku potomka reżysera. 


 Boks. Kategoria wagowa: miękka faja
 Bokser z głową w chmurach. O mały włos z głową w rabatkach

– Przyłożyłeś jej kiedy?
– Nie, ojcze.
– To jak ma cię słuchać?

O ile Shug to dla Celie uosobienie wolności, upragnionej lekkości bytu, o tyle druga ważna kobieta, od której bohaterka uczy się życia i przeżycia, jest tragiczną wojowniczką z zawsze podniesionym czołem. Sofia, grana przez Oprę Winfrey, mogłaby iść tym samym szlakiem dla cierpiętników co Celie, ale jej honor i duma każą jej przeciwstawiać się Albertowi, ojcu jej wybranka, Harpo, a następnie samemu Harpowi, który z uporem idioty próbuje powtórzyć błędy ojca. Cierpliwie walczy ona o miłość, a kiedy rozumie, że nie ma już o co walczyć, odchodzi, zamiast, jak przystało na czarnoskórą kobietę, do końca życia znosić upokorzenia. Sofia tragizmem dorównuje Celie. Wzbudza nawet większe współczucie, gdyż ponosi klęskę, walcząc do samego końca. Bo jakby mało jej było udręki z "klasycznym modelem" czarnoskórego mężczyzny początku XX wieku, to spada na nią nieszczęście w postaci żony burmistrza. 
Oprah Winfrey, ówczesna gwiazda telewizji, stworzyła niesamowitą kreację, pełną głębi, szorstkiego wdzięku i humoru. Ciekawostką jest, iż królowa talk-show musiała przerwać kurację odchudzającą, żeby lepiej wcielić się w graną przez siebie postać. 


 Sky is the limit


Agresywny marketing

Sofia stłukła Harpa. Potem on stłukł Sofię. Potem ona stłukła jego jeszcze gorzej. A w przerwach rodziły się dzieci. Aż któregoś dnia Sofia miała dosyć. 

Jedną z najwyraźniejszych oznak geniuszu reżyserskiego Spielberga jest wyczucie smaku. Zmysł równowagi emocjonalnej. 

Wybaczcie tendencyjność, ale nie przypominam sobie polskiego filmu poruszającego tak zwaną trudną/ciężką tematykę, na którym człowiek mógłby śmiać się ze szczęścia. Z tragedii robimy jeszcze większą, czystą tragedię, bez cienia uśmiechu, bez grama żartu. Albo w drugą stronę – tworzymy z niej komedię, zupełnie trywializujemy problem, skupiamy się jedynie na rozrywce. 

Kolor purpury sprawi, że zalejesz się łzami z rozpaczy, żeby po chwili zalać się łzami radości. To film o skrajnej przemocy, absurdalnych prawach lub absurdalnym bezprawiu, o gwałtach i psychicznych torturach. Ale wszystko to reżyser zawoalował. Czy może raczej – użył prostej metody  metaforycznej substytucji. Widzimy gwałt, ale nie musimy oglądać gołych tyłków i słuchać krzyków kobiety. Reżyser ufa widzowi. "Wiem, że zdajesz sobie sprawę, jak to może wyglądać. Domyślasz się, jak się czuje ofiara, prawda? Dam ci skrzypiące łóżko, cierpliwą twarz dziewczynki i wystarczy." Na tym polega sztuka. Na niedosłowności, na umykaniu. 

Spielberg często umyka ciężkiej atmosferze i wpada w ton komediowy. Albert robiący śniadanie dla Shug, Albert ubierający się dla Shug, wiele scen z Sofią i Harpem. Chodzi nie tylko o klasyczne gagi, ale też żarty nieoczywiste, odwleczone w czasie. Takie jak ten, gdy Celie dowiaduje się, iż "Pan" ma na imię Albert. A staje się to za sprawą kochanki Alberta, Shug. 

Momentami film udaje musical. Tu również Spielberg zachował umiar. Wszystko gra (i śpiewa) jak należy, nienachalnie i naturalnie. 






Stary pan obgaduje Shug. Ludzie nie lubią tych, którzy są dumni albo wolni. 

Ci, którzy zarzucali filmowi zamknięcie się w feminizmie, nie zauważyli chyba, jak wiele innych kwestii podjął reżyser. Co prawda są to niekiedy jedynie subtelne napomknięcia, ale w kontekście całości fabuły mają one niemałe znaczenie. Bo Kolor purpury to nie tylko film o poniżeniu czarnoskórych kobiet, walce o wolność, równość (to się czasem wyklucza) i spełnianie marzeń. Film przedstawia, w migawkach, ale wyraźnych, stosunek białych do czarnych w ogóle. Że niby niewolnictwo się skończyło, ale przyzwyczajenia, uprzedzenia i inne -enia pozostały. 
Albo biały człowiek w Afryce i niszczenie wiosek rdzennych mieszkańców pod budowę dróg. 
Człowiek i religia.
Powrót córki marnotrawnej.
Tradycja a postęp. 
Sporo tego powtykali, ale wiedzieli ile i gdzie wetknąć. 

Widzisz, tatusiu? Grzesznicy też mają duszę.

To dzieło wybitne, piękne, wybitnie piękne. Sztandarowy przykład Hollywood lat osiemdziesiątych, kiedy film uczył, ale nie pouczał. Strzegł moralności, ale nie moralizował. Bo nie trzeba wkładać wielkich zdań-frazesów w usta Autobota stojącego wśród zgliszczy, żeby film był mądry. Sztucznemu uszlachetnianiu mówię stanowcze: "Kurwa, nie!". 

Staram się przypomnieć sobie inny film, który wlałby we mnie z powrotem tę nadzieję, która przez lata ciurkiem wylewała się dziurami w sercu, ale żaden tytuł nie przychodzi mi do głowy. Kolor purpury to nie tylko kolor geniuszu (pani Walker czy pana Spielberga), ale nadziei właśnie i wiary. Cierpliwości, jaką wykazały się Celie i jej siostra Nettie. Nawrócenia? Na pewno również nawrócenia. 

Gdyby każdy człowiek obejrzał Kolor purpury przynajmniej raz, świat na pewno stałby się lepszym miejscem. 











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz